Nie jestem dziś w sosie, muchy mam w nosie.
Tak. Wyobraź sobie sytuację, że codziennie rano otwierasz oczy i nie wiesz co przyniesie dzisiejszy dzień. Nie wiesz czy ten będzie różnił się od kilku pozostałych, które ostatnio przyżyłeś/aś. I niczym się nie różni. W pewnym momencie uświadamiasz sobie, że to coś ciemnego, co pochłonęlo Cię na dłuższy czas. Przemijasz pomimo braku chęci na to własnie przemijanie. To takie trywialne, beznadziejne. Już nawet słodycze nie pomagają. Jesz, bo czujesz, że musisz, ale w Tobie nie pozostawia to nic oprócz wielu zbędnych kalorii. Chciało by się wielkiego przełomu, wielkiego ’sexy is back’, bo życie potrafi być seksi, trzeba tylko umieć je sobie organizować. Ja niestety (chyba, bo nie twierdzę, ze na pewno) takiej umiejętości nie posiadam. Kiedy nakładam na siebie zbyt dużo obowiązków, które wiem, że muszę spełnić, czuję, że żyję. Nie ma czasu na pieprzenie o niczym, nie ma czasu na porządny sen, którego teraz jest aż nad to. Godzinami przesiaduję w domu i w chwilach… hm… nazwijmy to dołka emocjonalnego słucham muzyki, siedzę i palę papierosy na moim parapecie, oglądam filmy, ide na spacer i kładę się do łóżka w celu rozluźnienia moich nigdy nienapiętych mięśni.
Śliwka w kompocie. Sam wpadłem w swój kompot. Zabawne jest to, że czasami taki stan burdelu emocjonalnego mi cholernie odpowiada. Nie sprzątam, nie myślę o niczym poważnym, zaspokajam swoje uszy, oczy i mózg w nowe doznania muzyczno- fotograficzne- myśleniowe. Czasami jest mi to potrzebne, martwi mnie tylko to, że kiedyś miałem takie kilka dni w roku, a teraz przeistacza się to w miesiące.

Może niedługo ‘powietrze jak malinowa mamba’ będzie, w sumie to musi.